XF650 Freewind forum
Październik 24, 2017, 11:15:28 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności:
 
   Strona główna   Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: 1 2 [3]
  Drukuj  
Autor Wątek: "PLR - POLSKA RAZEM – HONDA TRANSALP i SUZUKI FREEWIND"  (Przeczytany 7542 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
adamsluk
Freewind Newbie
*
Offline Offline

Wiadomości: 24


Zobacz profil
« Odpowiedz #30 : Listopad 17, 2015, 18:49:42 »

"PLR - POLSKA RAZEM – ADAMSLUK (HONDA TRANSALP) i KIKI (SUZUKI FREEWIND)"

Dzień 12

05.08.2015

Zaraz po śniadaniu byliśmy umówieni z nowo poznanymi pasjonatami Rometa.



Mieliśmy poczekać z wyjazdem na nich. Co prawda jechaliśmy w przeciwnym kierunku, ale chcieliśmy zobaczyć jak są spakowani. Niestety, dzień zapowiadał się upalnie, a my byliśmy gotowi do jazdy wcześniej. Będziemy musieli to zobaczyć na forum Rometa, na którym zamierzają opisać swoją podróż. Pamiętając wczorajszy koszmar jazdy w nadmorskich korkach, zrezygnowaliśmy z pierwotnego planu jazdy jak najbliżej morza.
Do czasu. Nie wiem, co nas podkusiło, ale odbiliśmy do Ustki. Tragedia. Gdy podjechałam do Łukasza na skrzyżowaniu, aby zapytać się o dalszą drogę, zobaczyłam że jest źle. GPS Łukasza zwariował i pokazywał trasę do góry nogami.
Po Ustce było Darłowo, gdzie mieszkają nasi przyjaciele z forum Transalpa – Robi i Ola. Być może przeczytawszy tę relację poczują się urażeni, że nie wpadliśmy na kawę, ale był to czas, gdy wszyscy są w pracy, a upał był tak niemiłosierny, i mieliśmy tak dość korków nad morzem, że chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Świnoujścia.
Ponieważ znudziła się nam droga krajowa do Koszalina, skręciliśmy na Łazy. Droga była wyłożona płytami betonowymi i myślałam, że będzie ciekawie.



Było, ale niestety tylko przez chwilę …



gdy dojechaliśmy do Mielna znów trzeba było mijać sznur samochodów.



Łukasz chciał stanąć na obiad, ja natomiast chciałam jak najszybciej wydostać się z tego piekła. A to i tak było nic, w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy na wyjeździe. Ludzie, którzy chcieli dostać się do Mielna stali w kilkunastokilometrowym korku. Jeden zdesperowany rodzic biegł wygłupiając się z dzieckiem chodnikiem wzdłuż sznura samochodów. Miał duże szanse, aby być pierwszym.



Trasa prowadziła nas dalej drogą krajową nr 11 do Kołobrzegu. Myśleliśmy, że droga krajowa nie będzie zatłoczona, więc daliśmy się skusić. Kolejny błąd. Tym razem przez 8 km jechaliśmy środkiem drogi między stojącymi samochodami. A żar lał się z nieba. Masakra.



Ponieważ nie mieliśmy już sił na dalszą jazdę w korkach, stwierdziliśmy że plany są po to, aby je zmieniać i odbiliśmy na Trzebiatów. Tym razem była to dobra decyzja. Tam mój głodny wzrok wypatrzył „Ukraińską Chatkę”. Jedzenie było smaczne, świeże i niedrogie. Na pytanie skąd pomysł prowadzenia restauracji z taką kuchnią w tym miejscu, właścicielka, która była jednocześnie kelnerką odpowiedziała, że mają kucharkę z Ukrainy i w tej kuchni czuje się najlepiej.
Po pysznym obiedzie trzymając się obranego kursu jechaliśmy 103 km w kierunku Kamienia Pomorskiego. Baliśmy się powrotu nad morze, ale trzeba było zaryzykować. Okazało się, że nie było tak tragicznie, jak się spodziewaliśmy. Dobre wrażenie zrobił na nas Dziwnówek. Mieliśmy wrażenie, że nie ma tam aż takich tłumów, i tyle stoisk, jak w innych miejscowościach. Poza tym z jednej strony morze, a z drugiej zatoka. Fajne miejsce. Jeżeli jakimś cudem uda nam się zapomnieć o korkach i tłumach i przyjdzie nam ochota pojechać nad polskie morze w sezonie, to spróbujemy właśnie tam.
Przy wyjeździe z Dziwnowa, natrafiliśmy na stojące samochody. Myśleliśmy, że zaczął się już korek do Międzyzdrojów.



Ale nie. Okazało się, że ludzie czekają na otwarcie zwodzonego mostu. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ gdy tylko podjechaliśmy pod szlaban i zgasiliśmy silniki, podniesiono szlaban i mogliśmy jechać dalej.





Dalej droga prowadziła przez Woliński Park Narodowy.



Jadąc tam miałam nadzieję, że Łukasz włączył kamerę. Było to bardzo malownicze miejsce: piękny, równy, szeroki asfalt, trochę zakrętów, wysokie drzewa liściaste i promienie zachodzącego słońca przebijające się między drzewami. Piękny widok. Później okazało się, że niestety nie miał włączonej kamerki. Szkoda.
W Międzyzdrojach nie było źle. Udało nam się sprawnie przejechać, aczkolwiek nie zjeżdżaliśmy do portu, ponieważ robiło się późno, a my musieliśmy jeszcze poszukać noclegu. Szkoda, że już jedliśmy. W porcie można zjeść dobrą świeżą rybę w nienajgorszej cenie.
Przed Świnoujściem minęliśmy tablicę informującą, że na przeprawę promową trzeba czekać 70 min. Zgodnie z patentem Szparaga zaprezentowanym na przeprawie promowej w Hiszpanii pojechaliśmy bokiem, przecież my służbowo, a poza tym zajmujemy mniej miejsca i wjedziemy tam, gdzie samochody nie wjadą. Tym razem też mieliśmy szczęście. Gdy przebiliśmy się na czoło kolejki, podpłynął prom. Przeprawiliśmy się błyskawicznie.





Zaraz po zjeździe z promu drogę przecięła nam maciora z małymi, a za nimi podążał zagubiony knur. Nie chciałabym spotkać tej gromady jadąc na rowerach z dziećmi. Jednak dziki nie były nami zainteresowane.



W Świnoujściu od razu udaliśmy się do miejsca, w którym zatrzymaliśmy się niecały rok temu z Jagodą, gdy miała 6 tygodni. Łudziliśmy się, że pani Grażyna będzie miała wolne miejsca. Niestety, nic z tego. Pojechaliśmy szukać dalej. Oprócz pola namiotowego, za które winszowali sobie 50 zł, nie znaleźliśmy nic wolnego. Ja koniecznie chciałam iść na plażę i wypić piwo. Przejechać całe wybrzeże i nie być nad morzem. To byłaby porażka. A na polu namiotowym nie zostawiłabym bez opieki motocykli, ubrań, kasku, całej elektroniki. W końcu wróciliśmy do pani Grażyny po pomoc. Tak długo szukała rozwiązania, aż je znalazła. Ponieważ mieliśmy materace i śpiwory w grę wchodziło spanie w garażu lub w wykańczanym pokoju dla letników. Stanęło na tej drugiej opcji. Pani Grażyna była ciekawa, kto będzie tam pierwszy spał. Chyba nie spodziewała się, że dwóch zbłąkanych motocyklistów do niej zawita i poprosi o nocleg. W apartamencie trwały prace wykończeniowe, a do pokoju schodziliśmy po drabinie. Stworzyło to niesamowity klimat.





W końcu dotarliśmy nad morze. Ponieważ było zbyt późno i chłodno na kąpiel, skończyło się na krótkim spacerze brzegiem morza





i na piwku w barze na plaży. Mimo dziwnych zasad – leżak tylko po zostawieniu karty, piwo tylko w plastikowym kubku, jeżeli wychodzi się z leżakiem na piasek – nie pozwoliliśmy się wyprowadzić z równowagi i delektowaliśmy się zimnym piwem z kufla przy zachodzącym słońcu. Chociaż jestem osobą ceniącą sobie spokój i porządek, czasami nie lubię zachodnioeuropejskiego sposobu funkcjonowania: od zakazu do zakazu. Zwłaszcza na wakacjach. Zaczynam wtedy odczuwać brak wolności. Chyba czas kierować się na wschód.





Wieczorem zauważyłam, że zapomniałam zabrać notatnika do spisywania wspomnień, wiec z Łukaszem wpadliśmy na pomysł, aby je nagrać. Ponieważ zaczęliśmy jednak mylić dni, a nie było to spowodowane ilością piwa, lecz zmęczeniem materiału, zarzuciliśmy ten pomysł. Poszliśmy spać.







https://www.youtube.com/watch?v=8PXAq-uMteU

Dystans: 454 km
Śniadanie: 15 zł
Obiad: 35 zł
kolacja: 30 zł
Nocleg: symboliczna złotówka/ os.

C.D.N.
Zapisane
adamsluk
Freewind Newbie
*
Offline Offline

Wiadomości: 24


Zobacz profil
« Odpowiedz #31 : Grudzień 05, 2015, 13:11:29 »

"PLR - POLSKA RAZEM – ADAMSLUK (HONDA TRANSALP) i KIKI (SUZUKI FREEWIND)"

Dzień 13

06.08.2015

Rano wstaliśmy wcześnie, aby oddać robotnikom plac budowy. Pod altaną czekał na nas czajnik i naczynia do przygotowania śniadania. Ponieważ nie ustaliliśmy ceny za nocleg, udaliśmy się do właścicielki uregulować należność. W Maroku to by nie przeszło. Tam zawsze trzeba pytać, zanim się coś zamówi, bo może się okazać, że będzie to najdroższa kawa lub nocleg w życiu. Pani Grażynie potraktowała całe zdarzenia jako przygodę i poprosiła o symboliczną złotówkę na pamiątkę. Tego się nie spodziewaliśmy. Miłe zakończenie podróży. Dobrze, że zdecydowaliśmy się rozpocząć podróż od jazdy na południe. Gdyby ostatni nocleg był w Bogatyni, nie byłoby tak optymistycznie. A tak przemiły akcent na koniec podróży. Czas wracać do domu.





Według GPSa mieliśmy do przejechania 470 km. Łukasz stwierdził, że to trochę dużo i chciał pojechać na szagę S3. Jednak tym razem powiedziałam stanowczo nie. Nie po to jechałam tyle kilometrów, żeby nie zamknąć pierścienia wokół Polski. Stwierdziliśmy, że najwyżej wrócimy po ciemku lub przenocujemy gdzieś po drodze. Po 30 kilometrach GPS zmienił zdanie i zmniejszył dystans do 320 km. Chyba coś mu się pokiełbasiło. Może od temperatury? Chociaż upał był niemiłosierny, zostaliśmy na trasie. Na pewno damy radę. No chyba, że będzie bruk. Żartuję, po tylu kilometrach to i bruk nie jest aż tak straszny. Początkowo jechaliśmy nudną S3, ale w Wolinie skierowaliśmy się na zalecany podczas powrotu znad morza objazd. Objazd nam się podobał.





W Szczecinie upał stał się na tyle nie do zniesienia, że zrezygnowaliśmy z kawy u Łukasza siostry. Nie mieliśmy ochoty ugrzęznąć w korkach. Niestety, mimo że nie wjeżdżaliśmy do centrum, nie obyło się bez świateł i czekania. Pot lal się z nas strumieniami. Żałuję, że trasa prowadziła dalej w dół i trzeba było zrezygnować z drogi do Nowego Warpna. Za gorąco, za daleko, a poza tym nasz pierwotny plan nie zakładał takiego wariantu. Będzie pretekst, aby tam wrócić.
Droga do Gryfina była nudna. Ładnie zrobiło się w okolicy Cedyni, gdzie część trasy przebiegała zaraz przy Odrze. Piękna droga.











Niestety ta bajka nie trwała zbyt długo. Końcówka była nudna. Szeroka trasa, mnóstwo tirów. Ale pierścień trzeba było zamknąć.



Udało się. Po dojechaniu do Słubic i skręcie na Ośno Lubuskie na naszych twarzach pojawił się szeroki uśmiech, a Łukasz wręcz podskakiwał z radości na swoim motocyklu i machał witkami na wszystkie strony.



Pewnie jadący za nami kierowcy myśleli, że nam odbiło. A my cieszyliśmy się jak dzieci. Nie tylko my. Gdy zajechaliśmy na podjazd pod garaż w Międzyrzeczu, tata Łukasza przywitał nas całując ziemię i dziękując opatrzności, że dotarliśmy cali i zdrowi.



Chyba nie wierzyli, że nam się uda. My też nie do końca. Ale udało się objechać Polskę dookoła. Do Międzyrzecza przyjechaliśmy brudni, wymęczeni, ale szczęśliwi.
Wieczorem przy piwku zaczęło nas dręczyć pytanie. Co teraz. Kiedy będziemy mieć czas, aby znów gdzieś pojechać. Poczuć się wolnym od trosk dnia codziennego.
Nie żałujemy, że zdecydowaliśmy się na podróż po Polsce. Nasz kraj jest piękny, różnorodny. Poznaliśmy mnóstwo sympatycznych, pomocnych i życzliwych ludzi. Byliśmy w miejscach, do których nigdy byśmy nie dotarli, gdyby nie ta podroż. Przeżyliśmy dużo przygód, czasami było nerwowo, a czasami śmiesznie. A co najważniejsze podróż we dwoje znowu nas do siebie zbliżyła. Pozwoliła nam odbudować relacje, które gdzieś w natłoku obowiązków się przykurzyły. Czas zacząć marzyć dalej. Zobaczymy, dokąd serce i oczy nas następnym razem poniosą.





https://www.youtube.com/watch?v=zA4w3wLaavc

Dystans: 370 km
Śniadanie: 20 zł
Obiad i kolacja: w domu
Nocleg: w domu

KONIEC  Uśmiech

Wrzucimy później jeszcze małe podsumowanie Uśmiech
Zapisane
Strony: 1 2 [3]
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines | Sitemap Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!